Dziecko - mistrz na macie, mistrz na co dzień

 

Klub karate to nie jest zwykły klub sportowy, z którego się wychodzi i koniec. Tworzymy pewien zespół, który ma się wspierać. Zależy mi też, żeby dzieciaki czuły, że ich sensei myśli i dba o nich też poza zajęciami. Dzięki temu one też mają świadomość, że nie mogą zawieść mnie poza salą treningową – mówi sensei Maciej Miller z Klubu Karate Kyokushin TOSHI.

 

To musi być nie lada satysfakcja, gdy widzisz jak twoi mali podopieczni się zmieniają.

 

Maciej Miller: Tak. Trenuję dzieciaki od 10 lat, a niektóre zaczynały u mnie jako kilkulatki. Na początku wiele dzieci trafia na zajęcia, za namową rówieśników albo bo chcą tego rodzice. Ale niesamowity jest moment, kiedy wkręcają się w trening i same chcą chodzić na karate – szczególnie, gdy stają się nastolatkami.

 

Masz jakąś anegdotę o takiej przemianie?

Zapewne jak większość trenerów karate. W moim przypadku chodzi o chłopca, który dziś ma 14 lat. Przyszedł do mnie jako pięciolatek. Miał problemy z koncentracją i koordynacją ruchową. To powodowało, że bardzo niechętnie wykonywał ćwiczenia. Zdarzało się, że gdy się odwróciłem, nie robił ich w ogóle, chował się, a nawet próbował uciekać z sali. Rodzice konsekwentnie przyprowadzali go na zajęcia. Małymi krokami udało się zmienić jego nastawienie. Angażowałem go w pokazywanie ćwiczeń i chwaliłem za każdym razem, gdy udało mu się poprawnie wykonać nawet najprostsze z nich. Teraz jest już nastolatkiem i chyba polubił karate, bo od dwóch lat nie opuścił żadnego treningu. I muszę przyznać, że jest bardzo silny.

 

Cała rozmowa z sensei Maciejem Millerem została opublikowana w serwisie Dziennik.pl: link do rozmowy.